Carew szedł tędy
Carew szedł tędy przed tygodniem. No, no! Obrócił się do kolegi, chcąc podzielić się swym odkryciem, ale tamten pozostawał w tyle, tocząc przed sobą pustą puszkę po konserwach. Po co tyle hałasujesz? — skrzywił się Carew. Tak sobie. Musi sobie człowiek nogi rozprostować — Sawwuszkin raz jeszcze kopnął blaszankę. „Smarkacz, zielono ma w głowie, e-ech!\" Zeszli w dolinkę; potem szosa znów wyprowadziła ich na górę i przed zwiadowcami wynurzyła się falista przestrzeń, porośnięta kępami lasów. W oddali błę- kitna mgiełka skrywała biełgorodzkie wzgórza. Wzgórza te — ostoja faszystów — wydawały się surowe, nieprzyjazne, obce. Co innego tu, z tej strony lasu. W rozpadlinach wąwozów, na szczytach i zboczach pagórków — wszędzie ruszały się ledwo dostrzegalne figurki żołnierzy; wgryzali się w ziemię, oplątując okolicę zygzakami transzej i rowów łączących. W zagajniku, wśród delikatnej bieli brzóz, zamaskowane zielenią czołgi, z daleka podobne do stogów. Nie roztaczały jednak aromatu ściętych traw, ziało od nich dusząco-gorzką wonią benzyny i metalu. Z dolinki wyszczerzały czarne paszcze ciężkie moździerze, które zagnieździły się na samym skraju kędzierzawych rokit. Nad zaroślami kłębił się dymek kuchni polowej. „Jakaż to siła, jaka siła!\" — pomyślał Carew, podziwiając roztaczający się widok. Siła ta okopywała się, umacniała i szykowała do zaciekłej obrony i zwiadowca z radością myślał, że ta najeżona lufami potęga czeka tylko na skinienie czyjejś mocnej i pewnej dłoni. — Będzie polka, Rekordzisto, patrz! — Carew walnął Sawwuszkina po plecach. Jaka polka? — zdziwił się tamten. Popatrz, bracie, na tę potęgę! A, o to chodzi? Widzę, widzę, sam widzę. — Diabła ty tam widzisz, Rekordzisto... Przestańże dręczyć tę puszkę! — wybuchnął nagle. — Tylko buty niszczysz! Przy wjeździe do Sołomek, tuż przy szosie, stał namiot, plamisty jak wypłowiały step. Mieszkały tu dziewczęta ze służby regulacji ruchu. Dniem i nocą czuwały na rozwidleniu dróg, przepuszczając szalonych motocyklistów, dziarskich kierowców, hałaśliwych zaopatrzeniowców. Przebiegała tędy jedna z głównych arterii frontowych i tylko bez przerwy migały czerwone chorągiewki dziewcząt regulujących ruch. Cierpliwie trwały na posterunku, nie zważając na tumany kurzu; tylko oczy i zęby błyszczały im spod szarej powłoki. Dowodził nimi ponury plutonowy Szyszaków; sprawdzał dokumenty przejeżdżających i surowo, jak zrzęda-teść, pilnował dziewcząt. Rzadko kto zdołał zatrzymać się dłużej przy ich namiocie; zoczywszy śmiałka Szyszaków stroszył rude wąsy i burczał: „Przechodźcie dalej, przechodźcie, towarzyszu — tu nie wolno!\" Szczególną niechęcią darzył chłopaków z Sołomek, z batalionu majora Griwy: miał pewne wątpliwości co do ich walorów moralnych. Jedynie lejtenant Wołodin przypadł mu do gustu. Zawsze przychodząc tu miał ze sobą paczkę lub dwie mocnej machorki i z szacunkiem, jak cenny podarek, wręczał ją staremu plutonowemu: „Masz, ojczulku, ku pokrzepieniu ducha\". Szyszaków podkręcał wąsa, chytrze patrzał spod nawisłych brwi i kiwał głową; twarz jego mówiła: „Znam się na takich nie od dziś, lejtenancie, widzę ciebie jak na dłoni!\" Machorkę natychmiast przesypywał do sporego jak powłoczka na poduszkę kapciucha, zaciągał węzełek i pochrząkując chował kapciuch do przepastnej kieszeni spodni. Rozmowa zaczynała się zwykle od pytania o zdróweczko, a kończyła na zagadnieniu drugiego frontu. Sprawa ta żywo obchodziła wówczas wszystkich. Szyszaków nie przebierając w słowach objeżdżał Churchilla; Wołodin, dzielnie mu sekundując, wypatrywał na drodze samochodu lub motocykla. Wreszcie ktoś nadjeżdżał. Kiedy plutonowy, kopcąc grubego na palec skręta,
Poprzedni - Do ciepła swojskości,Następny - Szedł sprawdzać papiery,